Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 37



Obserwując mnie i moje działania przez ostatnie dni, własny rodzony ojciec, przy śniadaniu rzucił w powietrze słowa: nawet jak ktoś płaciłby mi bardzo dużo pieniędzy to nie chciałbym robić przez całe życie tego co ty robisz.
I już miałam oddać mu jedną ze swoich standardowych ripost: ja też, ale w mojej głowie zapadł proces myślowy: ale dlaczego? W sumie to jest fajnie.

Chyba mam kłopoty.

 - Tato... - mówię siedząc na zagraconym tarasie w domu rodzinnym - Co z robić żeby powiedzieć wszystko nie mówiąc nic, zmieniać - nie wtrącając się i być całkowicie niewidzialnym w tym wszystkim?
Zorientowałam się, że zastanawiam się nad tym już od ponad roku. I nadal nie wiem, chociaż momentami wydawało mi się, że jestem już bliska odkryciu tego całego procederu.
Kiedyś razem z nim mawialiśmy jestem nikim. Bo kto może dokonywać niemożliwych cudów, zaginać czasoprzestrzenie i budzić ludzi? Nikt.
Marzę o byciu nikim.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anka Pawluczuk (@filmowykot)


Ostatnio miałam dzień w którym trzy różne osoby w błahej rozmowie w cztery oczy zapytały mnie nagle myślisz, że jestem dobrym człowiekiem?
Zawsze odpowiadam, że tak - bo nie zadaję się ze złymi ludźmi.
Ale tak naprawdę przecież nie wiem, nie mi oceniać i nie mam prawa...
A czy ja jestem? Skąd mam wiedzieć? Jaka jest miara dobra? I czy to dobro mierzymy działaniem, efektem czy intencją? Bo ile razy chcieliśmy dobrze, a wychodziło różnie?

Rzeczy nie zawsze wyglądają na to, czym są. Zbyt wiele dobra może być złem i zbyt wiele zła może być dobrem. To bez znaczenia. Na końcu jest o tym samym - przeczytałam ostatnio. Zapisałam sobie nawet te słowa, żeby nie zapomnieć i czasem do nich wrócić. Tak w ramach zastanawiania się nad tym dobrem i nad tym złem - przypomnieć sobie jak łatwo zdarzało mi się wszystko kategoryzować i oceniać. Rozdzielać, wkładać do szufladek i stać z założonymi rękoma wyrażając swoje ohydne osądy. Jak bardzo zapomniałam, że zawsze chciałam być nikim.

Wkurzam się ostatnio okrutnie, bo wszyscy jesteśmy w szkole i nie mamy wakacji. Jakkolwiek naiwnie i beznadziejnie to brzmi to tak - jesteśmy. Na dodatek nie mamy określonego zakresu materiału i podręcznika. Nikt nas nie kontroluje, sprawdziany są niezapowiedziane, nie ma zgłaszania nieprzygotowań, a oceny wystawiamy sobie sami. To piękna, ale bardzo męcząca szkoła.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anka Pawluczuk (@filmowykot)


Jesteś wojownikiem powiedział mi ostatnio mój ojciec. Powiem wam szczerze i bardzo prywatnie (bo to dość intymne wyznanie) - rozpłakałam się słysząc te słowa. Nie chcę być żadnym wojownikiem. Nie zgadzam się, nie mam siły i energii. Nie pamiętam żebym coś podpisywała i żeby ktoś mnie pytał o zdanie. Momentami czuję się jakby ktoś bez mojej zgody przesadził mnie z jakiegoś środowiska do innego i powiedział radź sobie, jesteś w pracy.
I tak naprawdę, to jedyne co mnie jeszcze trzyma w tej robocie to to, że mam współpracownika, z którym spotkam się również później - na urlopie. A ten urlop będzie naprawdę piękny, bo wtedy będziemy długo śmiali z tego co nawyprawialiśmy w godzinach pracy.

Wiecie co, coraz mniej piszę o filmach. Bo filmy są całkowicie bez sensu w zestawieniu z życiem. 


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anka Pawluczuk (@filmowykot)

139. The Good Wife 7x22



Pamiętam jak dziś kiedy z braku lepszego zajęcia włączyłam pierwszy odcinek The Good Wife (serialu, który funkcjonuje pod polskim tytułem Żona idealna). Historia pochłonęła mnie całkowicie, nie patrząc na inne życiowe zobowiązania. Ku niezadowoleniu wszystkich dookoła nie mogłam odkleić się od kolejnych sezonów, zamiast korzystać z wakacyjnej, letniej pogody - słońca i morza. Kiedy w końcu nadrobiłam wszystkie zaległe odcinki przyszedł czas na katusze - śledzenie serialu równocześnie z emisją co oznaczało powolne dawkowanie i ćwiczenie cierpliwości.
Co będzie teraz?

Mimo ogromnego żalu wiernej fanki, uważam że decyzja twórców o zakończeniu emisji na siedmiu sezonach jest bardzo dobra. Ogromną sztuką jest wyczucie odpowiedniego momentu kiedy należy zejść ze sceny nie kompromitując się swoimi zabiegami utrzymywania zainteresowania widza. Michelle i Robert King (pomysłodawcy serii) zręcznie potrafili zaskakiwać nas nawet po wielu latach emisji i po powszechnym stwierdzeniu nic już nas nie zdziwi. Dawali radę stworzyć wątki realistyczne i prawdopodobne choć lekko szalone.




Ostatni odcinek co prawda nie jest idealną klamrą, aczkolwiek uważam go za całkiem satysfakcjonujący. Emocjonalnie stawia trafną kropkę nad i w zachowaniu Alicii (genialna Julianna Margulies), jej relacji z mężem (Chris Noth) oraz w zestawieniu z Diane (jak zawsze pełna klasy Christine Baranski). Co najważniejsze - nie zapomina o Willu (Josh Charles) - studenckiej miłości głównej bohaterki. Jego powrót zza światów został pięknie rozwiązany. Pomyśl, kogo chciałabyś widzieć kiedy wracasz do domu? pyta Alicię Lucca - jej najmłodsza stażem współpracownica (Cush Jumbo) co daje żonie idealnej wiele do zastanowienia. Bo właśnie - kogo, kiedy jeden z wierzchołków tego trójkąta jest już martwy?



Kiedy myślę o podsumowaniu tego serialu stwierdzam, że był on o wybaczaniu, odpuszczaniu i decydowaniu o sobie. Opowiada historię o tym, gdzie jest granica między poświęceniem, a dbaniem o własne dobro i umiejętności przejścia przez życie w zgodzie z własnym sumieniem - a to wielka umiejętność której uczymy się przez całe życie.




Powiem szczerze - będzie mi brakowało serialu, który z każdym odcinkiem wnosił jakąś narracyjną świeżość. Nie bał się eksperymentów w opowiadaniu, odważnie wprowadzał nowe wątki i robił wszystko aby nie zostać zaszufladkowanym. Zaskakiwał dramaturgicznie i lubił te cudowne słowo konflikt.
No naprawdę, będzie mi brakowało Żony idealnej.

Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 36


 - Dawno nie było na twoim blogu tego... pamiętnika filmowca - mówi do mnie moja własna rodzona matka.
 - Przestałam pisać, bo to wszyscy czytają - odpowiadam spokojnie.
 - Nie rozumiem.

Mamo, więc piszę. Żebyś wiedziała, że jeszcze żyję*

Staram się jeść regularnie, chadzać na długie spacery i patrzeć na drzewa. Rozmawiać z ludźmi, ale nie przejmować ich problemów. Oddychać głęboko kiedy ktoś mnie wkurwia do żywego i śmiać się z siebie. Próbuję patrzeć pod nogi, nie potykać się o niewidzialne przeszkody i wysypiać się. Słuchać muzyki, patrzeć na słońce oraz ubierać się wystarczająco ciepło.
Pamiętać, że na świecie są miliony ważniejszych rzeczy niż filmy.

Tak mamo, jeszcze żyję. W końcu mam jeszcze masę roboty w tym życiu.

Ostatnio usłyszałam pytanie czy pomyślałaś kiedykolwiek o tym "nie chcę być już w tej szkole"?
Tak. Myślę o tym średnio raz na tydzień. Zeszłym razem było to we wtorek. Ale nadal tu jestem, prawda?

Niedawno doszłam do pewnego wniosku. Jest to na pograniczu czarowania i życia, ale jestem w stanie podać sporo dowodów na poparcie owej teorii.
Nieprzepracowane do końca sprawy zawsze wracają w regularnych odstępach czasu. Doganiają i mówiąc oględnie spuszczą wpierdol. Przykro mi, ale tak jest. Więc rada starszej koleżanki - jak już coś rozgrzebiecie to zamknijcie sprawę do końca. Żeby nie stała się prześladującym was duchem.

Mój ojciec jak zawsze odpowiada spokój. On widzi w spokoju jakiś lek na wszystko.
Ja wolę mówić dystans, kurwa.



Tęsknię za lasem, wakacjami i samotnością. Tęsknię za miejscami bez internetu i ciszą. Mam wrażenie, że tutaj cały świat bardzo okrutnie przyspiesza. Że wszystkie sytuacje jakie dzieją się wokół nas są coraz bardziej intensywne i wydarzają się w coraz krótszych odcinkach czasu. To tak jak wchodzenie po schodach na coraz wyższe stopnie - coraz szybciej i robiąc coraz większe kroki. Pytanie czy zdążymy, wytrzymamy i damy radę, bo kiedy wreszcie przyzwyczajamy się do tej konkretnej wysokości danego stopnia to okazuje się, że pojawiają się jeszcze wyższe. A później - jeszcze.

Podejrzewam, że tak będzie cały czas i podejrzewam, że to nigdy się nie skończy. Dlatego szybciej niż wchodzenia trzeba nauczyć się tego cholernego dystansu.




* Chociaż mam ostatnio zakaz żartów o mojej śmierci. Ale nadal uważam, (paradoksalnie) że gdybym zeszła na zawał to życie stałoby się prostsze. Może mi się uda?

Kocimiętka - 14 Festiwal Łodzią po Wiśle



Festiwal Łodzią po Wiśle przypłynął do Warszawy (i odpłynął) po raz 14. Dwa dni były wypełnione filmami - w konkursie wystartowało osiem etiud fabularnych, siedem filmów dokumentalnych, dziewięć etiud operatorskich i trzynaście animacji.



W tym roku razem z Kasią z jaknieteraztokiedy.pl i Marcinem (wysłannikiem Festiwalu Filmów Krótkometrażowych Żubroffka) udało nam się obejrzeć prawie wszystkie filmy (pomijam kilka sztuk na które ja i Kasia spóźniłyśmy się ze względu na jedzenie. Filmy są ważne, ale jedzenie ważniejsze). Wiele z nich widziałam już na szkolnych egzaminach, a o niektórych tylko słyszałam stawiając sobie za punkt honoru nadrabianie podczas Festiwalu wszystkich filmowych zaległości.



Moimi odkryciami były między innymi animacje, których widziałam do tej pory najmniej. Szczególnie podobała mi się Bestia Agnieszki Konarskiej oraz Olbrzym Marcina Podolca, który wyróżniał się trafnym połączeniem dokumentalnej rozmowy i animacji oraz cudownym poczuciem humoru.

Spośród etiud operatorskich moją uwagę zwrócił film Droga Shuxuana Meia. Myślę, że Mei zdobył serca wielu widzów swoją cierpliwą i troskliwą obserwacją dwójki chłopców.

Jeśli chodzi o etiudy dokumentalne szczególnie zapada w pamięć Melancholia Klary Kochańskiej. Cztery dojrzałe kobiety, na swój sposób zmuszone do spędzania ze sobą większości czasu nie przebierają w słowach napomykając o otaczającej jej rzeczywistości.
Niesamowita jest również etiuda Nauka Emi Buchwald, która stosując bardzo specyficzne zabiegi formalne weszła z kamerą do domów przyglądając się czwartoklasistom, którzy uczą się na pamięć wiersza Juliana Tuwima Nauka. Okazuje się, że trudne pytania w ich przypadku nigdy się nie kończą... Film Emi otrzymał również nagrodę za najlepszy dokument festiwalu.

Ciekawym tytułem była etiuda fabularna Marty Prus Ciepło-Zimno, która została zrealizowana w jednym ujęciu (zdjęcia: Adam Suzin). Etiuda otrzymała wyróżnienie jury.
W zupełnie innym, odważnym stylu była etiuda Gabriela Herrera Torresa How to reach god through proper exercising.
Moim prywatnym ulubieńcem stała się poniekąd praca Joanny Satanowskiej Czarnowidzka, która ukazuje trudne i skomplikowane życie wiedźmy, która niestety... wie co się wydarzy.


Werdyktem jury (w którym zasiedli: Karina Kleszczewska, Jan Komasa i Piotr Szczepanowicz) 
grand prix festiwalu otrzymała etiuda dokumentalna Shujayya Mohammeda Almughanniego.

nagroda za najlepszy film fabularny: Apokalipsa Justyny Mytnik
wyróżnienie: Ciepło-zimno Marty Prus

nagroda za najlepszy film dokumentalny: Nauka Emi Buchwald.

nagroda za najlepszą animację: Zaczyn Artura Hanaja

nagroda za najlepsze zdjęcia powędrowała do Michała Dymka za zdjęcia do filmu Apokalipsa.
wyróżnienie: Karma Fryc za zdjęcia do filmu Niżej podpisana w reżyserii Michała Pokropka.

nagroda jury młodych (Paulina Skibińska, Julian A. Ch. Kernbach, Marta Gmosińska): Nauka Emi Buchwald

nagroda Artura Liebharta, dyrektora DOCS AGAINS GRAVITY FILM FESTIVAL za najlepszą etiudę dokumentalną: Żelazne alibi Martina Ratha


138. Bracia


Mieczysław i Alfons Kułakowscy jako dzieci zostali wywiezieni na Syberię, żeby później trafić do Kazachstanu, a w wieku 80 lat powrócić do Polski. Wydają się być nierozłączni i wiecznie krążący po własnych orbitach. Artysta i marzyciel oraz uporządkowany pragmatyk drażnią się do szpiku kości i kochają, tak jakby ich jedynym sposobem na życie była nieuchronna symbioza.



Najnowszy film dokumentalny Wojciecha Staronia Bracia to opowieść o trwającym dziesięciolecia wsparciu i wspólnym życiu. Składa się ona ze spokoju i drobnych momentów codzienności choć niestety nie wyklucza dramatycznych chwil z życia Kułakowskich. Staroń jednak za wszelką cenę prowadzi narrację tak aby dać nam przestrzeń na przemyślenie każdej sekundy i tak jak Kułakowscy pozwolić nacieszyć się każdym z obrazów rzeczywistości. Obserwuje ich z czułością, a całą historię buduje z ogromną cierpliwością.



Po raz kolejny autorski film Wojciecha Staronia to również piękne zdjęcia, które sprawiają, że patrzymy w inny sposób na pozornie zwyczajnych braci. Tak jak oni zaczynamy zwracać uwagę na odgłosy przyrody czy piękno natury i chociaż na krótkie chwile zatrzymujemy czas dookoła siebie, tak jak próbują to robić sami bracia. W tym poczuciu pomagają ujęcia zrealizowane w przeszłości przez Mieczysława na taśmie 8 mm i 16 mm jakie Staroń wplótł do całego filmu. To one są żywym dowodem na odwieczną symbiozę i niestrudzoną aktywność braci. A teraz zarówno Mieczysław jak i Alfons chociaż są u schyłku życia to zdają się być młodsi duchem niż niejeden dwudziestolatek. Niestety ich własne organizmy coraz częściej zawodzą, ale mimo to oboje nie poddają się snują plany na dalsze spokojne życie.

Film mogłam obejrzeć w ramach pokazu specjalnego 14 Festiwal Filmów Studenckich z Łódzkiej Szkoły Filmowej „Łodzią po Wiśle”



Dlaczego po 10 sezonie The X Files jest mi jeszcze smutniej...



Wiadomość o premierze nowego sezonu The X Files przyjęłam z ogromnym entuzjazmem. Pamiętam jak będąc z liceum odkryłam ten serial i pochłaniałam kolejne odcinki zdobyte na płytach DVD. Będąc uwięzionym w domu, chorowitym ufoludkiem - przez wiele tygodni miałam jedyną radość w tym okrutnie długim serialu. Przeskakiwałam pomiędzy historiami, śledziłam mitologię i trzymałam kciuki za najsłynniejsze w historii telewizji will they/won't they.

Dlatego jak przystało na rasowego fanatyka nie mogłam przegapić wielkiego powrotu serialu. Pilnie obejrzałam każdy odcinek, ale jak widać długo nie mogłam zebrać się do napisania na jego temat kilku słów.


Bo cały ten projekt najlepiej podsumowuje sformułowanie wypowiedziane przez znajomego dawnego fana nie wiem czy to jest aż tak dobre czy aż tak złe.
Ja też nie wiem.


1. 10 sezon był pisany z myślą o fanach.

To miłe ze strony twórców, że nie zapomnieli o wiernych widzach. W tej sześcioodcinkowej mini serii mieliśmy powrót Palacza, zabawny odcinek z monster of the week czy wątek Williama - syna Muldera i Scully. Chris Carter postarał się aby pamiętać o wszystkim tym co lubią fani i podsunąć im każdy smakowity kąsek. Niestety nie zawsze robił to z gracją, bo tak jak odcinek trzeci (Mulder and Scully Meet the Were-Monster) o człowieku - jaszczurce jeszcze wywołuje nasz uśmiech, to tak nachalne naznaczenie następców pary bohaterów w odcinku piątym (Babylon) już takie fajne nie jest.
Zastanawiam się jednak co z tymi młodszymi widzami - bo przecież nie wszyscy mieli szansę znać stare odcinki (i nie wszyscy mieli szansę je pokochać).
Czy nowi widzowie byli w stanie zrozumieć cokolwiek z 10 sezonu?



2. Twórcy postanowili coś wyjaśnić nie wyjaśniając nic. 

Mam wrażenie, że stało się tak między innymi w kwestii wątku Williama. Bohaterowie przez kilka odcinków chodzili wkoło, wzdychali, patrzyli przez okno i cierpieli na myśl o oddanym do adopcji dziecku. Po szumnych zapowiedziach twórców miałam nadzieję, że dostaniemy jakiś powrót czy wyjaśnienie. Jednak rozwikłanie na oczach widzów jednego wielkiego niedopowiedzenia widocznie było zbyt skomplikowane. Zamiast misternie utkać prawdziwe spotkanie dostaliśmy jakiś alternatywny wszechświat i małego Williama, który wraz z tatą bawi się modelami kosmicznych rakiet. W sumie - czyż nie wracamy więc tym samym do punktu pierwszego... - 10 sezon był pisany z myślą o fanach?


3. Lata zrobiły swoje...

Jest to na swój sposób urocze - zobaczyć naszych ukochanych bohaterów te lata później. Zmienili oni fryzury, inne ciuchy stały się modne, a telefony komórkowe wielkości walizek zostały zastąpione iphone'ami (dobra, nie wiem czy to konkretnie były ajfony, ale wiadomo o co chodzi). Jednak miałam jakieś dziwne poczucie, że bohaterowie stracili sporo swojego uroku i impetu jaki mieli w sobie dawniej. Na szczęście chemia, między nimi niezmiennie pozostała, ale mimo wszystko serial nie jest tylko historią o relacji. Kiedy widziałam Muldera czy Scully osobno, miałam wrażenie że oboje wypadają niezbyt korzystnie. To tak jakby siła ich postaci budziła się tylko i wyłącznie w tych momentach kiedy są razem, kiedy mogą sobie partnerować, drażnić się wzajemnie i odbijać w sobie.


4. ...oraz dały dużo dobrego.

Z drugiej strony, świeżość nowych odcinków to również lepsze warunki techniczne, większe budżety i fajniejsze efekty. Przypomnijcie sobie pierwsze sezony i kosmitów w których wierzyliśmy na słowo honoru. Wszystko wyglądało topornie, ale ufaliśmy tym nadprzyrodzonym wydarzeniom i elementom łykając je w całej, nieidealnej okrasie.




5. Po ostatnim odcinku ostatniego sezonu mamy kolejny ostatni sezon. Czy dostaniemy jeszcze jeden ostatni sezon?

Oczywiście, nie ma jeszcze żadnej oficjalnej decyzji, ale nagle nikt nie potwierdza i nie zaprzecza w temacie kolejnego sezonu serialu. Oczywiście, rozumiem to jak najbardziej - kury znoszącej złote jajka się nie zabija, a oglądalność nowego sezonu Z Archiwum X była bardzo satysfakcjonująca (premierę obejrzało ponad 16 milionów widzów). Stąd - chęć dalszego ciągnięcia historii jest ogromnie kusząca. Ale może jednak trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść?
I tutaj zastanawiam się na ile ostatni odcinek był zmieniony po realizacji pierwszego. Czy od początku Chris Carter planował taką, a nie inną końcówkę? Moim osobistym zdaniem nie jest po gentelmańsku kończyć historię półżywym Mulderem i ujęciem statku kosmicznego. Spójrzmy prawdzie w oczy - jest to zakończenie niesprawiedliwe i nieuczciwe (oraz tak zwane zwyczajnie nie). Moja alergia na nieuczciwe zagrania twórców w sposób zaskakujący uaktywniła się i zaglądała mi w oczy. Czuję w kościach, że będą dokrętki.



I nagle, razem z ostatnią sceną zrobiło mi się smutno.


Bo czuję, że twórcy których traktowałam po partnersku nie wiedzą jak zakończyć całą szopkę. Nie mają pojęcia jak zatrzymać machinę napędzaną od lat. Owszem - chcieli mi coś opowiedzieć, ale zagubili swój wątek przykrywając to dawnym splendorem, chemią głównych bohaterów i ogromną sympatią do dawnych (naszych wspólnych) żartów. Zapomnieli, że konspiracja płynęła w ich żyłach i zapomnieli że była kręgosłupem całej story. Szkoda.


z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 35 - powodzenia



Powodzenia to dziwna sprawa. Projekt przy którym wydarzyło się tyle cudów, że jeśli zgodnie z powiedzeniem - głupi ma zawsze szczęście to ja jestem największą idiotką świata.
Jestem, naprawdę.

Ten wpis był edytowany tylko jakieś siedem razy. Dwa razy został całkowicie skasowany i napisany od początku. Weźcie to pod uwagę.


8 argumentów za tym, że jeśli głupi ma szczęście to jestem największą idiotką świata.


1. Mam szczęście do kierownictwa produkcji.



Trójki współpracowników, którzy sprawili, że ten plan był dla mnie jak skakanie po chmurkach. To oni odbierali telefony, objęli strategię przytulania, przypominali mi o jedzeniu, a kiedy coś próbowało się wywalić zapobiegali wszelkim wydarzeniom. Dziękowałam im za to wszystko każdego dnia i mogę tak jeszcze długo.

Kierownik produkcji nie boi się rozganiania dymu.
Foto: Marlena Jabłońska

Karolina i Michał. Karolina bardzo cierpliwie pytała mnie co półtorej godziny czy nie potrzebuję soczku czy innego snicersa. Nie wiem czy własna matka się o mnie kiedykolwiek aż tak troszczyła :)
Foto: Marlena Jabłońska




2. Mam szczęście, że trafiłam na cudownie partnerskich aktorów.



Popatrz na niego jak na puchatego kotka, stoisz jak ch... w torcie albo teraz masz takiego świerszcza cyk cyk to nowoczesne określenia które powinny wejść do reżyserskich słowników. Agata, Weronika i Mateusz wytrzymywali zimno, obsuwy czasowe, korki, przejazdy, śniegi i deszcze a przede wszystkim wytrzymywali ten cały grajdoł w towarzystwie reżysera płci żeńskiej i operatora płci męskiej.

Weronika i dwie zestresowane rybki przed ujęciem.
Foto: Joanna Siwy

Weronika, Agata i ja w koszulce z kotem. Chociaż podczas jednego dnia na planie musi się pojawić koszulka z kotem.
Foto: Joanna Siwy


Mateusz, człowiek który momentami ma większą cierpliwość niż ja.
Foto: Joanna Siwy



3. Mam szczęście do pogody.



Gramy majowe słońce.
Jest poniedziałek, godzina 18:00 - jedziemy na lokację którą będziemy grać w środę i czwartek. Zaczyna padać śnieg. Przestaje w okolicy północy, ale jest go naprawdę DUŻO.
O 2:00 rejestruję, że zaczyna topnieć, rano jeszcze są jego resztki...
Koledzy przed wyjazdem na plan namawiają mnie do zmiany koncepcji scenariuszowej. Ja odpowiadam im na to: przecież za chwilę śniegu nie będzie. Na lokacji trzeba tylko strzepać śnieg z choinki za oknem i wycelować 6kW w trawnik.
Wtorkowe popołudnie - nie ma już śniegowych śladów.
Środa? Przynosi nam cudowny zachód słońca. Podobnie czwartek. Chcieliśmy zachodu słońca. Więc DUŻO DOBREGO ZACHODU SŁOŃCA.

Jaka to pora roku? Rano był śnieg.
Foto: Joanna Siwy


Zimno, ale wesoło?
Foto: Joanna Siwy

Gonimy zachód słońca.
Foto: Ja


4. Mam szczęście do statystów i asystentów.


Bo nie wiem czy wiecie, ale strasznie ciężko jest zapanować nad taką gromadą cudownej młodzieży :)
I kiedy zaczyna się dyskusja na planie skąd znasz Anię to śmiechu nie ma końca, bo wszystkie nasze ścieżki życiowe jakoś się tak dziwnie pokręciły że spotkanie tak różnych ludzi w jednym miejscu jest jak zaskakujące i nieuniknione.

Kaśka i Robert.
Z Kaśką po raz pierwszy w życiu spotkałam się w maju 2015 roku, z Robertem w czerwcu 2015.
Znamy się znacznie dłużej.
Foto: Joanna Siwy



5. ...mam jeszcze większe szczęście do całej ekipy.


Kiedy cała ekipa tłoczy się przy podglądzie gdy gramy scenę w jednym ujęciu i śledzi pilnie każdy szwenk to czuć to zaangażowanie w powietrzu. I to jest cudowne uczucie.

Jest zawsze taki moment, kiedy przyjeżdżamy na lokację i każdy chwyta się za swoją działkę. Jako że ja sama mam zakaz noszenia, przestawiania i podawania - mogę tylko stać i obserwować jak wprawiona w ruch machina sama się toczy i jak równolegle dzieje się kilkanaście różnych rzeczy - tylko po to żeby za chwilę być gotowym do ujęcia.
Zawsze przyprawia mnie to o dreszcz i chęć wypowiedzenia dziękuję.

A kiedy w piątek przez pół dnia dostaję smsy o treści szkoda, że to już koniec bo atmosfera na planie była taka świetna...
Życie jest krótkie, nie? Więc nawet jeśli film będzie do dupy to przynajmniej sprawiłam radość garstce ludzi, a to już jest dużo.

Egzamin. Pierwszy dzień zdjęciowy. Zostałam przyłapana z czymś czego nie powinnam pić.
Foto: Marlena Jabłońska

Przy kamerze tłok
Foto: Marlena Jabłońska

Pokój Ewy i Magdy wyczarowany przez Basię i Kaję.
Foto: Joanna Siwy

Banda bezdomnych oszołomów.
Foto: Joanna Siwy


6. Mam szczęście do szczerych relacji dookoła siebie.



I to nie jest ta legendarna bolesna szczerość. To zwyczajna, klasyczna, uprzejma i troskliwa szczerość. Umiejętność powiedzenia dziękuję, przepraszam i wkurwiasz mnie kiedy trzeba. To możliwość żartowania i śmiania się ze swoich błędów, wad i potknięć.

Plotki przed ujęciem z Weroniką.
Foto: Marlena Jabłońska


Statystycznie najczęściej wypowiadane przez Piotrka słowa to pewnie: "Anka, nie pierdol".
Foto: Marlena Jabłońska



7. Mam szczęście do super-ultra-szybkiej nauki.



A to jest dopiero niesamowita sprawa. Bo okazuje się, że jestem jeszcze bardziej opanowanym człowiekiem niż mi się wydawało.
Anemia swoją drogą, ale kiedy w grę wchodzi adrenalina to mój mózg ma większą władzę nad ciałem niż mi się kiedykolwiek mogło wydawać...
I jeśli ktoś wchodzi mi w drogę i zmusza do przestawiania moich planów (mimo uporczywych próśb i informacji że moje plany są sztywne) to mimo wszystko potrafię uprzejmie tupnąć nogą.
Jak twierdzi operator:  nie jestem z tych, które niechybnie zabijają. Ja powoli dolewam trucizny patrząc jak ofiara ją spożywa i prosi o więcej.

Na tym planie nauczyłam się cholernie dużo. I to już jest bezcenna sprawa.


Słońce było tak silne, że nie musieliśmy stawiać lamp w oknach...
Foto: Marlena Jabłońska

Sprawa przy podglądzie.
Foto: Marlena Jabłońska



8. Mam szczęście do przypadków.



Ktoś, gdzieś skręcił w uliczkę obok i nagle okazało się że sytuacja obróciła się na korzyść filmu. Ktoś przechodził nieopodal i rzucił zdanie, które później będzie kiełkowało w mojej głowie do końca tygodnia. To tak jak pan Andrzej z mojej klatki (mieszkanie nr 21), który stojąc na papierosie przy oknie powiedział do mnie i do Kasi widzę, że jesteście fajne ale pamiętajcie jedno - bądźcie sobą cokolwiek się stanie. A później popatrzył mi w oczy i dodał byłem spawaczem przez większość życia, kierownikiem zmiany i cokolwiek się nie wydarzyło to zawsze ludzie byli ważniejsi niż materiał.
To dobre podsumowanie. Ludzie  ważniejsi niż materiał.
I nie ma przypadków.


W międzyczasiu czyli między oficjalnymi dniami zdjęciowymi...
Foto: Ja


I w drodze na lokację...
Foto: Ja



Edit:
Nie myślcie, ze jest tak różowo. Dzisiaj, zaraz po tym jak otworzyłam oczy przyszło mi do głowy jestem w strasznej dupie. Bo chyba obiektywnie jestem.
I po kilku dniach przetworzenia pewnych wydarzeń mam ochotę zacząć rzucać talerzami albo krzyczeć. I zaczynam się martwić, być podejrzliwa i popadać w paranoję. Zaczynam się wkurzać, złościć na niewinnych ludzi i palić papierosy. Bo co jeśli wszystko się spierdoli na tym ostatnim etapie? Co jeśli na ostatniej - najprostszej z prostych zostanę sama i jak to często w życiu bywało - bezsilna?

Jest coś w mojej życiowej karmie, że muszę się nauczyć szybkiego podnoszenia i stawiania do pionu siebie oraz świata dookoła. Prawdą jest, że wychodzi mi to już coraz lepiej, ale nigdy to nie jest miły proces.



A z drugiej strony - tak obiektywnie - skoro nie ma przypadków...?



z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 34 - SCENARIUSZ


I AKT:

12.02.2016 (23 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 9 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
ANIA (25) jest na planie filmowym kolegi zaprzyjaźnionego projektu (to najlepsze określenie). Noc wcześniej znowu dyskutowała z PIOTRKIEM (33) na temat scenariusza. Znowu coś się nie klei. Ani jest przykro i stwierdza, że nie wie co ma zrobić. Kiedy próbuje naprawić jeden problem, wyskakują dwa kolejne. Wiarygodność trochę trafia szlag. Ania stwierdza, że nie napisze nic nowego i nie wymyśli bo jest mało kreatywna i nie posiada umiejętności.

PIOTREK
To prokrastynacja, ten plan.

ANIA
Być może.

Plener. Słoneczko świeci, ale jest zimno. Szczególnie po ośmiu godzinach. Później, w mieszkaniu - Ania będzie leżała przez kilka godzin pod czterema kocami i piła gorącą herbatę. Piecyk grzeje, ciepłe jedzenie, a Ani nadal zimno. Typowo, jak po planie.

Ania się wkurza na wszystko i wszystkich. Szczególnie w weekend. Problemy rosną, włącza się etap paniki. Ania myśli a co jeśli już wszystko sobie zepsułam?
Ania chodzi po parku i słucha smutnych piosenek.


15.02.2016 (20 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 5 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania wraz z kolegami KUBĄ (23) i TARASEM (wiek nieznany) próbują stworzyć scenariusz. Ustawiają historię na podstawie trójkąta jaki istnieje już w scenariuszu. Jest Agnieszka i Maryla - dwie przyjaciółki, oraz Paweł - chłopak Maryli. Szyją opowieść o inicjacji i przyjaźni. Rzecz się dzieje w dzień 18 urodzin Maryli. Kończą między drugą, a trzecią w nocy.


16.02.2016 (19 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 4 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania czyta drabinkę scenariuszową na zajęciach. Pije eneregtyka, rano prawie nic nie zjadła. PROFESOR 1 (63) nie daje jej skończyć. Niszczy scenariusz w pięć minut. Ania czuje, że nic z tego nie będzie.

Ania ma do załatwienia masę spraw, ale żadna ze spraw nie idzie.
Ania pali około półtorej paczki papierosów dziennie.
Ania ucieka z reszty zajęć, prowadzi sporo rozmów na temat przyjaźni i zastanawia się czy miała kiedyś prawdziwego przyjaciela, skoro prawdziwa przyjaźń jest dziwna i bezinteresowna.

Jest jej smutno i trochę słabo.

I PUNKT ZWROTNY:
Wieczór, Ania próbuje grupowo konsultować drabinkę napisaną noc wcześniej. Okazuje się, że jest to kupa. Mało wiarygodna kupa. 
Ania oficjalnie rezygnuje ze scenariusza, nad którym pracowała przez ostatnie pół roku. Siedzi zawinięta w koc pod kaloryferem w pokoju w akademiku u MAĆKA (25).

ANIA
Co ja najlepszego odjebałam?

MACIEK
Robisz wszystko co mogłoby być najlepsze dla twojego filmu.

Ania wychodzi z akademika przed północą. Siedzi jeszcze chwilę na schodach z Piotrkiem.

ANIA
Jest mi niedobrze, zimno i zaraz zemdleję

PIOTREK
Będzie dobrze. -- Chcesz czekolady?

ANIA
Jak coś będziesz zmieniał mi kroplówki.

PIOTREK
Okej.

Bohater jest obsesyjny na punkcie swojego want i nieświadomy swojego need.

I POŁOWA II AKTU:
17.02.2016 (18 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 3 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania i Piotrek czarują żeby przełożyć termin zdjęciowy na tydzień później. Zyskają wtedy tydzień czasu. UDAJE IM SIĘ.

PROFESOR 2 (65) przekonuje Anię dlaczego scenariusz którego ona nie chce już robić jest dobry. Namawia ją przemyśl jeszcze raz. Ania wychodzi z konsultacji z rozgotowanym brokułem zamiast mózgu. Wraca do domu i nie robi nic. Musi odpocząć, przemyśleć życie.

Po drodze stwierdza jednak, że mimo wszystko jest zdecydowana - chce robić filmy które COŚ dla niej znaczą. Nie chce robić filmów, dlatego że powinna zrobić film na egzamin.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Kasia Frątczak (@kfratczak_)


18.02.2016 (24 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 8 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania i KASIA (26, ale jeszcze nie skończone więc 25 i jeździ na zniżkach PKP) próbują napisać nową drabinkę. Wszyscy dookoła im przeszkadzają. Ani i Kasi trochę odbija, na dodatek cały czas jedzą. W sumie mają dobre humory.

Wieczorem Ania, Kasia i ELA (20) idą do Maćka. Maciek niszczy scenariusz.

MACIEK
Ja się pytam co ci gra w serduszku.

Ania wraca do domu z poczuciem, że nie ma niczego. Ale budzi się w niej uczucie - zrobię coś i wam pokażę że umiem to zrobić.


19.02.2016 (23 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 7 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania wstaje rano i podejmuje decyzję, że dzisiaj nie idzie na zajęcia z filmu dokumentalnego. Będzie pracowała. Ania siada pod zlewem w kuchni na ładnym dywaniku i pisze.
W okolicy 14:00 przypomina jej się, że nic nie zjadła. Wypaliła pół paczki papierosów.
O 19:00 stwierdza, że zamówi pizzę bezglutenową. Pójdzie kupić papierosy i energetyka.

Ania pisze scenariusz, ale ma problem z jedną sceną. Ma dobry humor i wrażenie, że wszystko się ułoży.

PUNKT KULMINACYJNY:
20.02.2016 (22 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 5 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
O 12:00 Ania idzie do Kuby i Tarasa aby pomóc im w próbie operatorskiej do filmu Kuby. Czyta im to co napisała.
TARAS
Nie, nie, nie, nie.

KUBA
Stąd można wziąć jedną scenę, reszta jest o niczym.

ANIA
Kurwa.

KUBA
Poczekaj. Coś wymyślimy.

Ania wychodzi od nich w okolicach pierwszej w nocy. Wraca do domu taksówką, ma drabinkę scenariuszową nowego filmu. Film jest o podejmowaniu własnych decyzji.

O trzeciej w nocy Ania nadal nie może zasnąć bo myśli o filmie. Podoba jej się to uczucie, jest dziwne i bardzo stymulujące.

II POŁOWA II AKTU:

21.02.2016 (21 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 4 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania wstaje o 8:00 rano i bez przekonywania siebie że musi zabiera się do pisania. Kiedy pali na klatce uświadamia sobie, że nie jest w stanie myśleć o czymkolwiek innym - tylko o filmie. Ania nadaje mu tytuł Powodzenia.
O 14:00 Ania przypomina sobie, że nic dzisiaj nie jadła. Wypiła tylko kawę.

Po południu Ania robi improwizację, czyta też scenariusz przez telefon MAMIE (56) i KASI S. (27). Obie potwierdzają - to jest fajna historia która się opowiada.

22.02.2016 (20 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 3 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania przynosi scenariusz na zajęcia z PROFESOREM 3 (53). Spędzają kilka godzin na omawianiu tekstu. Profesor ma jedną uwagę: wzmocnić ekspozycję i dodać konflikt. Cały film jest o konflikcie wewnętrznym bohaterki, a to trzeba umiejętnie utkać.
Ania jest bardzo podbudowana, ma mnóstwo siły. Pisze nową wersję siedząc na szarej kanapie w szkole.

Ania idzie do Kuby, który pomaga ZUZIE (24). Ania też jej próbuje pomóc, ale równolegle stara się złożyć mózg żeby posiedzieć nad własnym tekstem. Po drodze Ania je jogurt i wafle kukurydziane. Znowu wypala paczkę papierosów i pije energetyka.
Ania wraca do domu o 22:00 i stwierdza że dzisiaj już musi iść spać. Wysyła do Profesora 2 nowy scenariusz, z uwagą że dzisiaj był on konsultowany na innych zajęciach i Ania wie co powinna poprawić.

23.02.2016 (19 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 2 dni do wysłania wniosku produkcyjnego)
Na szczęście Ani, dzisiejszy dzień to dyplomy dokumentalne w szkole, więc zajęcia zostają odwołane. Ania siada więc w kącie i zabiera się za własne rzeczy. Powstaje czwarty draft scenariusza, zmienia się lekko ustawienie i konkretyzuje konflikt.

Piotrek czyta scenariusz przez ramię i mówi głośno - podoba mi się. Oboje narzekają chwilę na sceny w samochodzie, ale w końcu ten pomysł znika. Jednak nie będzie trzeba lawety na planie.

Przychodzi też ROBERT (23?) i przeszkadza chwilę czy dwie. Ania siedząc pomiędzy Piotrkiem i Robertem stara się ich uprzejmie wygonić, żeby zabrać się wreszcie do ostatecznych poprawek czwartego draftu. Nawet wymyśla całkiem niezłe dialogi.

Około godziny 18:00 Piotrek czyta ostatnią wersję czwartego draftu, scenariusz idzie do PROFESRORA 2.

Ania przypomina sobie o jedzeniu chociaż jadła obiad (ziemniaki i surówkę).

II PUNKT ZWROTNY:
Po spotkaniu produkcyjnym (przed 21:00) zaczyna się praca, szukanie zdjęć i referencji. Przy okazji żarty. Ania próbuje trzymać tempo. Należy wysłać wniosek i ogarnąć lokacje. Ania myśli równolegle o dwóch projektach i aktorach.

Po godzinie drugiej w nocy Ania stwierdza, że robi coś dziwnego ze swoim życiem skoro nadal nie wróciła jeszcze do domu. Mniej więcej po godzinie drugiej Ania mdleje.
Po chwilowej utracie przytomności Ania dostaje do zjedzenia dużo cukru. Jej mózg działa, ale kończyny nie działają.

Want bohatera zmienia się. Bohater rozumie, że musi zrobić jeszcze więcej żeby spełnić swoje need.




III AKT:
24.02.2016 (18 dni do obecnie oficjalnego terminu zdjęciowego, 1 dzień po obiecanym terminie wysłania wniosku produkcyjnego)
Ania idzie na 9:00 do szkoły pod eskortą Maćka. Ani nadal jest słabo, ale do szkoły dotrze - nawet jakby to miało być w trumnie.

Ania pilnuje godzin jedzenia. Na obiad nawet spożywa mięso żeby poczuć się lepiej.
Ania nawet dużo je, ale nadal czuje się słabo.

Ania rozmawia z Profesorem 2. Podoba mu się scenariusz i sugeruje zmiany w dialogach. Ania czuje ogromna satysfakcję, że dała rady zrobić coś. To ważne, bo Ania nie wierzyła że kiedykolwiek będzie w stanie to zrobić.

Piotrek robi Ani kazanie, że powinna rzucić palenie. Ania zdaje sobie z tego sprawę. Szukają lokacji.

Ania wie, że jeśli poczaruje się wyjątkowo dużo to wszystko skutecznie się uda.

Ania zasypia o 21:00 i dziękuje Boziulce, że ma wokół siebie ludzi którzy:
a) pomagają jej ze scenariuszem
b) nie zostawiają jej samej
c) wierzą w nią bardziej niż ona sama w siebie wierzy
d) gotowi są pracować z nią i dla niej
e) łapią ją kiedy mdleje

Ania ma inne przemyślenia na temat przyjaźni.



137. Spotlight



Jeśli myślicie, że bez wybuchów, strzelanin czy pościgów nie dostaniecie mrożącego krew w żyłach, realistycznego filmu to Tom McCarthy już w pierwszym kwadransie udowodni wam, jak prostymi środkami można chwycić widza za gardło. Spotlight właśnie taki jest - niepozorny i cichy, ale przyprawiający o szybsze bicie serca.


Spotlight to grupa dziennikarzy gazety Boston Globe, która z wyjątkowym zacięciem bada sprawy i historie ważne dla bostońskiej społeczności. Zajmują się tematami niewygodnymi lub mało popularnymi, oraz drążą je często przez kilka miesięcy aby przedstawić je opinii publicznej w sposób jak najbardziej rzetelny.
Pewnego dnia, na życzenie nowego redaktora naczelnego Marty'ego Barona (Liev Schreiber) dziennikarze dostają wskazówkę aby przyjrzeć się rzekomym przestępstwom seksualnym dokonywanym przez miejscowych księży katolickich. Początkowo, z dużą rezerwą "Robby" Robinson (Michael Keaton) - szef Spotlight'u kieruje temat do swoich podwładnych - Sashy (Rachel McAdams), Mike'a (niezwykły Mark Ruffalo) i Matta (Brian d'Arcy James). Cała trójka zaczyna szukać źródeł, rozmawiać z ofiarami i zdobywać jak najwięcej relacji. W ciągu dnia pukają do wielu drzwi, aby wrócić wieczorem do redakcji, zaszyć się w archiwum i przerabiać kolejne kilogramy danych.

Chociaż spodziewamy się, że sprawa od początku będzie o wiele bardziej przerażająca niż może nam się kiedykolwiek wydawać, to mimo wszystko za każdym okruchem informacji Spotlight uderza nas i szokuje. Rozkład informacji w czasie jaki serwują nam twórcy filmu jest idealnie wyważony i trafia (jak w życiu) w najbardziej nieuchronne i zaskakujące momenty. Okazuje się, że społeczne przyzwolenie, polityka, polityczna poprawność i międzyludzkie układy już od lat przykrywały skandalizujący temat molestowania seksualnego dzieci.

Sam Spotlight to nie tylko niezwykła, oparta na faktach historia. Sam sposób jej opowiadania i przekazania widzowi to dobre kino w starym stylu. Mamy tutaj wartkie dialogi, prawdziwe sytuacje i najlepsze aktorstwo. Nie znajdziemy tutaj efekciarstwa czy celowego odwracania uwagi widza. Wszystko co ważne dla sprawy wypływa na wierzch, a w fabule odsuwane są nawet prywatne historie bohaterów. W Spotlight nie znajdziemy pocałunków i romansów, nie ma tu miejsca na prywatne życie dziennikarzy, którzy całym swoim sercem poświęcają się wykonywanemu zawodowi. Głównym tematem filmu, tak jak i pracy zespołu jest rzetelność, nawet jeśli miałaby ich wiele kosztować.



Spotlight to film o etyce i powołaniu dziennikarskim. O tym gdzie jest granica między gonitwą za skandalicznym tematem,  poświęceniem i własną odpornością psychiczną. To również film o uśpionych sprawach, o których wiedzą wszyscy - a nikt nie mówi głośno. Kino - które pomimo swojego metrażu trwa zaledwie chwilę, porusza i każe się rozejrzeć dookoła samego siebie.




z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 33



Terminy rozdane. Rok temu te hasło przyprawiało o atak paniki, mdłości i histerię. Jak na razie zostało przyjęte z grubsza dość boleśnie, ale spokojnie. Czasami tylko ktoś powie nie mam jeszcze kierownika produkcji albo szukam operatora. Film i tak trzeba zrobić, sam się nie zrobi.

Sesja zimowa w szkole filmowej wygląda inaczej niż na każdej innej uczelni w Polsce. Większość przedmiotów to zal więc odbywa się bez kolokwiów. Nie mamy standardowych zajęć i ćwiczeń - więc nie jest nam wykładana aż taka ilość wiedzy teoretycznej z której można byłoby kogoś później egzaminować. Oddajemy projekty, czasem piszemy prace. A poza tym to stopień natężenia wydarzeń i stresów podczas zwykłej sesji = naszemu standardowemu tygodniowi.
Jesteśmy sprawdzani troszkę na inne sposoby. Zresztą nasz egzamin to zawsze spotkanie z kilkunastoosobową komisją - a tam jest dopiero fajnie.

Ponoć piszę zbyt wiele negatywnych rzeczy na filmowym kocie. Słyszę od czasu do czasu, że same smutki - że spać, jeść, że zmęczona, że znowu...

Poprawię się więc - bo przecież mamy tyle radości.
Niezbyt często zdajemy sobie sprawę, że bierzemy udział w jakiejś wykańczająco-wycieńczającej przygodzie życia oraz że nawiązujemy relacje które będą trwały lata. Tak naprawdę to zawsze możemy odejść, ale tego nie robimy. Wybieramy więc tryb wychodzenia z domu przed 9:00 rano i powrotu o 3:00 w nocy tylko po to aby położyć się na chwilę do własnego łóżka, umyć i zmienić ubranie...


Powody do radości studentów szkoły filmowej:


1. Nieustannie się bawimy. 

Nawet kiedy dzień po warsztatach trzeba oddać sprzęt do techniki zdjęciowej.



2. Nie śpimy tylko łazimy z kamerą.

Co z tego, że jest druga w nocy. Co z tego że dopiero zaczęliśmy. Co z tego że łażę w błocie, marznę, wzdycham, przez ostatnie 12 godzin jadłam tylko miskę płatków kukurydzianych z mlekiem (i śladowymi ilościami glutenu jak informował mnie producent) . Co z tego, że inny egzamin jest o 8:45.
Są sytuacje w których nie należy poddawać rozmyślaniom pewnych kwestii tylko zrobić.






8. Razem jemy posiłki.


Kiedy bezglutenowa wegetarianka jest bezglutenową wegetarianką to w ramach protestu zdarza się komuś napisać (koniecznie nie swoim długopisem) na menu na stołówce (gdzie nie ma żadnego posiłku dla bezglutenowców poza ziemniakami i surówką) niecenzuralne hasło j***ć gluten.

A kiedy mamy ochotę na pizzę to przekopujemy internet w poszukiwaniu bezglutenowej z dowozem do domu. I nawet w Łodzi taka jest.



3. Śpiewamy na każdy temat (wszędzie i o każdej porze).

 - Anka, daj nam temat.
 - Co?

 - TEMAT.
 - Puchate kotki.






4. Robimy mnóstwo zdjęć.


Nieprzyzwoicie dużo.
Żeby móc co wspominać jak nas wyrzucą już z tej szkoły. Kiedy już dorobimy się dzieci i wnuków to będziemy mieli co ukrywać przed nimi - że były takie lata robienia naprawdę głupich rzeczy.
Albo żeby mieć haka na przyszłość polskiej kinematografii. 




5. Również tańczymy.

Paląc papierosy, na stołówce przy obiedzie, podczas pisania, spotkania, zajęć...

A każdy tydzień to nowy hit.


6. Pracujemy.

Cholernie dużo pracujemy.
Gadamy, piszemy, gadamy, sprzeczamy się, wściekamy sami na siebie, godzimy i dalej pracujemy.
Prowadzimy kilka projektów jednocześnie, nie potrzebując list spraw do załatwienia. Jesteśmy coraz bardziej biegli w żonglowaniu kilkoma elementami jednocześnie. Czasami tylko upuszczamy jedną rzecz, ale to tylko na chwilę i do tego jesteśmy w stanie utrzymać resztę w powietrzu.
I naprawdę o 23:00 umawiamy się na omówienie inscenizacji, a nie na wódkę.
Ale przynajmniej się śmiejemy.



7. Licytujemy się, motywujemy i ścigamy. 

 - Ja nie zamierzam robić filmów.
 - To po co ja z tobą tu siedzę?
 - Bo mnie bezinteresownie lubisz.


Spędzamy ze sobą całe dnie i połowy nocy. Są momenty, że zasypiamy u znajomych na łóżkach, zmywamy ich naczynia i zaglądamy im bez pytania do lodówek. Odprowadzamy się nawzajem, głaszczemy i przytulamy. Myślę, że ufamy sobie w dziwny sposób chociaż z natury jesteśmy nieufni.
Zawiązujemy nieme sojusze, układamy fronty i stajemy za czyimiś plecami. Niejednokrotnie wykonujemy telefony w cudzej sprawie prosząc o maleńką przysługę.
Znamy swoje reakcje, ulubione smaki żelków, piwniczne potwory, marzenia i plany. Kiedy zadajemy pytanie co u ciebie? czasem nie potrzebujemy odpowiedzi, bo okazuje się że jedno westchnięcie czy spojrzenie wystarcza. Być może nawet czytamy sobie nawzajem w mózgach.
Jesteśmy bardzo zmęczeni i próbujemy się naprawdę pokłócić. Nadal nam to nie wychodzi. Czasami więc niechcący sprawiamy sobie przykrość i droczymy się do szpiku kości. Ale zawsze wracamy.
Ciekawe czy bez szkoły mielibyśmy szansę spotkać się i zaprzyjaźnić.

Nie wiemy jak trwałe są te układy między nami. Ale kiedyś się dowiemy.