9 filmowych ojców, o których nie można zapomnieć


Czy tego chcemy czy nie - tata zawsze (chociaż przez moment) odgrywa w naszym życiu ważną rolę. Bywa nauczycielem, przyjacielem, partnerem, motywatorem czy nawet (jeśli trzeba) ostrym i wymagającym egzekutorem naszych postanowień.
W Szkole częstym żartem jest, że filmy o relacji rodzic - dziecko, są najliczniejsze. Nierozwiązane, zagmatwane i skomplikowane charaktery, sprawy i problemy - kto z nas ich nie miał?

Z okazji dnia ojca, postanowiłam wytypować garść moich ulubionych filmów o relacji tata - dziecko. Bo jak okazuje się, nie tylko kinematografia łódzkiej Szkoły Filmowej zajmuje się tym tematem :)

9 filmowych ojców
(w kolejności jak zawsze - losowej)


Złodzieje rowerów

Ladri di Biciclette, Vittorio de Sica, 1948



Kiedy Antonio (Lamberto Maggiorani) dowiaduje się, że może dostać pracę pod warunkiem posiadania roweru postanawia zrobić wszystko aby go zdobyć i ponownie móc zarabiać pieniądze. Odkupiony z lombardu rower staje się więc zarówno dla niego jak i jego syna Bruna (Enzo Staiola) jednym z najważniejszych przedmiotów w domu. Kiedy pierwszego dnia pracy Antonia, rower zostaje skradziony to właśnie Bruno dzielnie pomaga go odnaleźć. Chociaż momentami niesprawiedliwie przyjmuje na siebie złość ojca, to mimo wszystko dotrzymuje mu kroku. Kiedy w jednej scenie Antonio przez sekundę ma wrażenie, że chłopiec którego wyłowiono z rzeki to jego ukochany Bruno, orientuje się że żadna kradzież roweru i wybuchy frustracji nie powinny dotykać malucha. W końcu to Bruno, w jednej z ostatnich scen ratuje tatę przed społecznym linczem...





Ojciec chrzestny

The Godfather, Francis Ford Coppola, 1972


Tego filmowego ojca zna chyba każdy. Don Vitto Corleone (niezapomniany Marlon Brando), to człowiek o twardym charakterze, okrutny dla swoich wrogów i pomocny dla przyjaciół. W swoich dzieciach budził ogromny szacunek, a momentami nawet grozę. Niejednokrotnie rozwiązywał ich problemy, ale również wymagał oddania i poświęcenia. Chociaż jego ukochany syn Michael (Al Pacino) początkowo chciał wybrać inną życiową drogę niż tę którą zaplanował dla niego ojciec, to mimo wszystko nie był w stanie pozostawić taty, Między innymi to dzięki jego szybkiej reakcji, będący w szpitalu Don Vitto, zostanie uratowany od niechybnej śmierci z rąk wrogów rodziny.
Ojciec chrzestny z przykrością udowadnia nam, że w wielu przypadkach powiedzenie jaki ojciec taki syn niestety się sprawdza.




Sam
I am Sam, Jessie Nelson, 2001



Sam Dawson (Sean Penn) to przykład ojca, którego rodzicielska miłość potrafiła przenosić góry. Opóźniony umysłowo, wychowuje samotnie córeczkę Lucy (Dakota Fanning), a kiedy jego mała dziewczynka kończy siedem lat, zostaje odebrana ojcu przez pracowników opieki społecznej. Sam, musi teraz stoczyć długą walkę w sądzie aby móc dalej opiekować się ukochaną Lucy. Ta piękna opowieść to pozycja której nie można ominąć. Kto pamięta scenę kupowania bucików dla małej Lucy, ten wie jak bardzo wzruszający i ciepły jest to film...






Bez miłości ani słowa

Stuck in love, Josh Boone, 2012



Jest to film o którym pisałam wiele, wiele miesięcy temu (TUTAJ). Zauroczył mnie on swoim spokojnym rytmem i ciepłym, skromnym klimatem. William Borgens (Greg Kinnear) to pisarz pracujący w domu (przy plaży). Po rozwodzie z żoną Ericą (Jennifer Connelly) mieszka tam sam z synem Rustym (Nat Wolff), a wieczorami zakrada się pod dom byłej żony i podgląda jak ułożyła sobie życie z nowym mężczyzną. William i Rusty czasami gotują swoją słynną kolację - ale tylko wtedy kiedy dom odwiedza córka i siostra Samantha (Lily Collins).
W tej cichej z pozoru opowieści jest mnóstwo miejsca na ciekawą relację ojca z nastoletnim synem i dorosłą, mającą własne życie córką. Polecam dla wszystkich fanów amerykańskiego klimatu indie.




Sprawa Kramerów

Kramer vs Kramer, Robert Benton, 1979


Lata temu, kiedy jeszcze byłam w początkująco-nastoletnim wieku wzdychałam do Dustina Hoffmana grającego w tym filmie ojca - Teda. Ted to karierowicz którego z dnia na dzień opuszcza żona - Joanna (Meryl Streep). Kiedy w końcu Ted i jego syn Billy (Justin Henry) z trudem odnajdują się w nowej sytuacji Joanna postanawia odebrać Tedowi prawa do opieki nad dzieckiem.
Duet Hoffman - Henry, to niezwykły portret relacji synowsko - ojcowskiej. Zabawny, pełen rodzicielskiej (i męskiej) nieporadności, uroczy i wzruszający - taki mamy ekranowy obraz tych dwóch panów.
Szczerze powiedziawszy chciałabym się wam przyznać ile razy widziałam ten film, ale myślę że nie da się tego zliczyć :)




Spadkobiercy

The Descendants, Alexander Payne, 2011


George Clooney jako tata Alexandy (Shailene Woodley) i Scottie (Amara Miller) zostaje zmuszony zaopiekować się swoimi pociechami, rozwiązać rodzinne sprawy i odnaleźć siebie po tym jak jego żona zapadła w śpiączkę w wyniku tragicznego wypadku. Robi to w sposób słodko - gorzki, momentami nawet pokraczny. Jako zapracowany ojciec nie miał wcześniej ani szansy (ani zamiaru) nawiązywania jakichkolwiek relacji ze swoimi córkami. Teraz, w obliczu testamentu swojej żony i wycieczki w rodzinne strony - na Hawaje, nie ma wyjścia - musi znaleźć z nimi wspólny język. Spadkobiercy to film przy którym można zarówno popłakać jak i się pośmiać.



Labirynt
The Prisoners, Denis Villeneuve, 2013

Labirynt to kolejny film o zdesperowanym ojcu, który zrobi wszystko aby odzyskać swoją córkę. Pewnego dnia, widząc bezradność policji Keller Dover (Hugh Jackman), postanawia wziąć sprawy w swoje ręce po tym jak jego 6 letnia córka i jej koleżanka niespodziewanie znikają. Kiedy podejrzenia o porwanie padają na miejscowego dziwaka Aleksa, okazuje się że tata jest w stanie posunąć się do najgorszych tortur aby dowiedzieć się prawdy
 Labirynt to film długi, ale pełen napiętej i gęstej atmosfery którą można wręcz ciąć nożem. Niesamowite zdjęcia Deakinsa i świetne kreacje aktorskie na długo zapadają w pamięć.


Gdzie jest Nemo

Finding Nemo, Andrew Stanton, 2003


Jeśli mowa o wytrwałych ojcach to nie można zapomnieć o Marlinie, który mimo wielkiego lęku przed otwartym oceanem wyrusza na poszukiwanie swojego synka - błazenka Nemo, Niestrudzony i nie tracący nadziei poszukiwacz w końcu odnajdzie swojego malucha, ale po drodze przeżyje prawdziwe chwile grozy. Gdzie jest Nemo to wręcz kultowa bajka o nadopiekuńczym ojcostwie i wielkiej odwadze, która sprawia że wypływamy na szerokie wody.





Magia kłamstwa

Lie to me, Samuel Baum, 2009-2011



Jako ostatniego wymieniam mojego ulubionego serialowego ojca - Cala Lightmana (Tim Roth), prawdziwego przyjaciela i partnera swojej córki Emily (Hayley McFarland). Cal, to jeden z tych najbardziej wykręconych ojców. Uparty, pracoholik - naukowiec, który zawsze wiedział kiedy jego córka kombinuje coś na boku, jednocześnie pozwalając jej na popełnienie własnych, głupiutkich błędów. Chociaż serial nie przewidywał szczególnego rozwinięcia wątku córeczki tatusia, to duet Roth - McFarland miał swoje świetne momenty. Kłócili się i godzili jak na córkę i ojca przystało, a kiedy trzeba było - roztaczali nad sobą wzajemnie opiekuńcze skrzydła.





A jakie są wasze typy filmowych ojców?


z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 38


I tak znowu docieram do widoku wakacji na horyzoncie. Chociaż wakacje już dawno (wręcz lata temu) straciły swoją wakacyjność to jednak, nadal nie da się ich inaczej nazywać.

Trochę znowu przegapiam jakieś rzeczy. Takie bardzo przyziemne - rachunki, terminy, zgłoszenia i prace. Jestem cholernie nieregularna i niesystematyczna. Mam wrażenie, że jakoś fruwam i zajmuję się wszystkim tym co jak najdalej od Ziemi.
Chciałabym napisać coś z sensem, produktywnością i pracowitością. Ale może o to chodzi, że bez sensu jest ciągłe wyszukiwanie sensu. Przeczytałam to w mądrej książce z historii kina, że Antonioni nie był zwolennikiem sensu w kinie. Ważniejsza dla niego była prawda. Może właśnie to należałoby sobie wziąć do serca?

W blogowym zawieszeniu pokusiłam się nawet o googlowanie w internetach jakichś porad jak prowadzić lepszego bloga. Ale jakoś żadna z nich do mnie nie przemawiała, bo jak to często bywa - to co działa u wszystkich, w moim przypadku nie chce. Czy na to są jakieś leki?

Szkoła jest znowu pełna ludzi, stresu, łez i wybuchów szczęścia. To znowu egzaminy wstępne i wystrojeni młodzi ludzie którzy chcieliby tu studiować. Chodzą po szkolnym terenie i zachwycają się tutejszą atmosferą albo ze spuszczonymi głowami przepełnieni jakimś poczuciem porażki czy upokorzenia uciekają za bramy. A ja myślę tylko, że w najśmielszych snach nie podejrzewają co tutaj się dzieje, bo to strasznie niesprawiedliwe widzieć szkołę tylko w te ciepłe czerwcowe wieczory. Prawdziwym wyzwaniem byłoby wytrzymać tutaj listopad czy luty. Sesję, plan filmowy zimą czy konsultacje które odbywają się po północy.
A z drugiej strony - rozumiem ich - bo sama bardzo niedawno byłam na ich miejscu. Tak bardzo chciałam tutaj być, że będąc na skraju jakiejś obsesji obijałam się po innych miastach i szkołach. I chociaż naprawdę uważam, że jest to jednocześnie najlepsze i najgorsze miejsce, to kiedy zamykam oczy nie wyobrażam sobie czegokolwiek bez niego. A bardziej bez tych wszystkich dziwnych ludzi, których mogłam tutaj spotkać.
Chyba nie mogło być inaczej.



Wiecie, że próbuję stworzyć ten wpis od dwóch tygodni? Jedyne co robię to dopisuję kolejne fragmenty, inne kasuję i zmieniam. Bardzo chcę napisać coś zabawnego, coś fajnego i lekkiego, ale kiedy siadam przed tym cholernym okienkiem to łapię się na tym, że znowu nie wiem. Nie wiem jak mam dobierać słowa, żeby były jasne i jednoznaczne. Nie wiem jak mam pisać żeby później nie być o nic posądzana i nie wstydzić się tego co rodzi się w cudzych głowach.
Bo kandydaci nie wiedzą też, że Szkoła jest jedną wielką piaskownicą. Nie zdają sobie sprawę jak mogą być postrzegane drobne gesty i ile potrafią sprawić problemu. Szkoła nie zawsze rozumie słowa stać za kimś murem.

Coraz bardziej stwierdzam, że zachowuję się jak pies pasterski. Jestem szczęśliwa kiedy stado jest w komplecie. W innym wypadku czuję jakiś niepokój i niepewność. I najchętniej siedziałabym na trawie i tylko obserwowała to stado - pewna, że jest bezpieczne, najedzone i spokojne. Mam wrażenie, że momentami zakrawa to o jakieś absurdy, bo jestem w stanie poświęcić wiele czasu i energii na to stado. Może powinnam przestać? Zająć się swoimi sprawami.

Ostatnio bardzo dużo czasu spędzam na rozmowie z własnym, rodzonym ojcem. Siedzimy na tarasie, albo wymieniamy maile. Mówi sporo mądrych, aczkolwiek irytujących rzeczy. Czasami się denerwuję słysząc jego słowa - bo są niewygodne i przypominają o tym samym co powiedział pan Andrzej z mieszkania naprzeciw: człowiek jest zawsze ważniejszy niż materiał.
Jest, przecież wiem.

Tylko jak robić, żeby wszyscy wiedzieli?

140. Blowup | Powiększenie


Nie napiszę nic odkrywczego, że Powiększenie Michelangelo Antonioniego to film, który zostaje w pamięci. Uznawany za arcydzieło kina światowego (Złota Palma w Cannes w 1967 roku i nominacja do Oscara) pozostawia po sobie kilka pytań i jeszcze więcej interpretacji - ale jak to w prawdziwym (nie akademickim) życiu bywa - to nie ilość esejów naukowych świadczy o mocy filmu, lecz to jak długo i jak mocno zostanie w nas samych.


Thomas (David Hemmings) to znany fotograf mody. Ma wszystko - kobiety, drogi samochód, czy pracownię. Spełnia się zawodowo zarówno w komercyjnym tego słowa znaczeniu, ale także artystycznie - próbując uchwycić życie ulicy prawdziwego Londynu.

Pewnego dnia podczas spaceru w parku fotografuje parę zakochanych. Kiedy zostaje zauważony przez kobietę (Vanessa Redgrave), zaczyna pospiesznie oddalać się. Jane mimo to dogania go i prosi o zwrot filmu z aparatu - Thomas oczywiście nie spełnia jej prośby.





Kiedy Thomas wywołuje kliszę zauważa, że zarejestrował niechcący scenę morderstwa. Ciekawość sprawia, że chce jak najbardziej powiększyć kształt który przypomina postać mordercy. Jednak im bardziej próbuje dociec do prawdy tym bardziej wszystko znika i rozmywa się.

Fabuła wpleciona w konwencję śledztwa to jedna sprawa - drugą jest jednak umiejętność wykreowania przez Antonioniego niezwykłego klimatu i poczucia nieprzebranej samotności bohatera, który wbrew pozorom często otoczony jest pięknymi kobietami. Thomas to charyzmatyczny, pewny siebie narcyz i egoista, który często uważa siebie za lepszego od innych. Modelki zdają się go nudzić, a nachalne dziewczyny które chcą być przez niego fotografowane - drażnić (co oczywiście nie wyklucza wykorzystania ich nachalności). Ponadto Thomas często sprawia wrażenie człowieka uzależnionego od jakichś regularnych dostaw adrenaliny i kiedy zaczyna mu jej brakować - sam sobie kreuje odpowiednie sytuacje, które zaspokoją jego narkotyczny głód.



Na specjalną uwagę zasługuje świat w jakim żyje Thomas - jego mieszkanie czy studio zdają się być wycięte z kolorowego magazynu, a zarówno on jak i przewijające się przez film modelki nie krępują się w zmienianiu kolejnego stroju. Klasycznie - jak w poprzednich filmach Antonioniego często pojawiają się symetryczne i geometryczne kadry.



Jeśli nadal pomysł obejrzenia filmu z 1966 roku, reżysera o włoskobrzmiącym i skomplikowanym nazwisku w jakikolwiek sposób jest odstraszający, to zdecydowanie trzeba odłożyć ten strach na półkę i poświęcić czas filmowi.

Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 37



Obserwując mnie i moje działania przez ostatnie dni, własny rodzony ojciec, przy śniadaniu rzucił w powietrze słowa: nawet jak ktoś płaciłby mi bardzo dużo pieniędzy to nie chciałbym robić przez całe życie tego co ty robisz.
I już miałam oddać mu jedną ze swoich standardowych ripost: ja też, ale w mojej głowie zapadł proces myślowy: ale dlaczego? W sumie to jest fajnie.

Chyba mam kłopoty.

 - Tato... - mówię siedząc na zagraconym tarasie w domu rodzinnym - Co z robić żeby powiedzieć wszystko nie mówiąc nic, zmieniać - nie wtrącając się i być całkowicie niewidzialnym w tym wszystkim?
Zorientowałam się, że zastanawiam się nad tym już od ponad roku. I nadal nie wiem, chociaż momentami wydawało mi się, że jestem już bliska odkryciu tego całego procederu.
Kiedyś razem z nim mawialiśmy jestem nikim. Bo kto może dokonywać niemożliwych cudów, zaginać czasoprzestrzenie i budzić ludzi? Nikt.
Marzę o byciu nikim.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anka Pawluczuk (@filmowykot)


Ostatnio miałam dzień w którym trzy różne osoby w błahej rozmowie w cztery oczy zapytały mnie nagle myślisz, że jestem dobrym człowiekiem?
Zawsze odpowiadam, że tak - bo nie zadaję się ze złymi ludźmi.
Ale tak naprawdę przecież nie wiem, nie mi oceniać i nie mam prawa...
A czy ja jestem? Skąd mam wiedzieć? Jaka jest miara dobra? I czy to dobro mierzymy działaniem, efektem czy intencją? Bo ile razy chcieliśmy dobrze, a wychodziło różnie?

Rzeczy nie zawsze wyglądają na to, czym są. Zbyt wiele dobra może być złem i zbyt wiele zła może być dobrem. To bez znaczenia. Na końcu jest o tym samym - przeczytałam ostatnio. Zapisałam sobie nawet te słowa, żeby nie zapomnieć i czasem do nich wrócić. Tak w ramach zastanawiania się nad tym dobrem i nad tym złem - przypomnieć sobie jak łatwo zdarzało mi się wszystko kategoryzować i oceniać. Rozdzielać, wkładać do szufladek i stać z założonymi rękoma wyrażając swoje ohydne osądy. Jak bardzo zapomniałam, że zawsze chciałam być nikim.

Wkurzam się ostatnio okrutnie, bo wszyscy jesteśmy w szkole i nie mamy wakacji. Jakkolwiek naiwnie i beznadziejnie to brzmi to tak - jesteśmy. Na dodatek nie mamy określonego zakresu materiału i podręcznika. Nikt nas nie kontroluje, sprawdziany są niezapowiedziane, nie ma zgłaszania nieprzygotowań, a oceny wystawiamy sobie sami. To piękna, ale bardzo męcząca szkoła.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anka Pawluczuk (@filmowykot)


Jesteś wojownikiem powiedział mi ostatnio mój ojciec. Powiem wam szczerze i bardzo prywatnie (bo to dość intymne wyznanie) - rozpłakałam się słysząc te słowa. Nie chcę być żadnym wojownikiem. Nie zgadzam się, nie mam siły i energii. Nie pamiętam żebym coś podpisywała i żeby ktoś mnie pytał o zdanie. Momentami czuję się jakby ktoś bez mojej zgody przesadził mnie z jakiegoś środowiska do innego i powiedział radź sobie, jesteś w pracy.
I tak naprawdę, to jedyne co mnie jeszcze trzyma w tej robocie to to, że mam współpracownika, z którym spotkam się również później - na urlopie. A ten urlop będzie naprawdę piękny, bo wtedy będziemy długo śmiali z tego co nawyprawialiśmy w godzinach pracy.

Wiecie co, coraz mniej piszę o filmach. Bo filmy są całkowicie bez sensu w zestawieniu z życiem. 


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Anka Pawluczuk (@filmowykot)

139. The Good Wife 7x22



Pamiętam jak dziś kiedy z braku lepszego zajęcia włączyłam pierwszy odcinek The Good Wife (serialu, który funkcjonuje pod polskim tytułem Żona idealna). Historia pochłonęła mnie całkowicie, nie patrząc na inne życiowe zobowiązania. Ku niezadowoleniu wszystkich dookoła nie mogłam odkleić się od kolejnych sezonów, zamiast korzystać z wakacyjnej, letniej pogody - słońca i morza. Kiedy w końcu nadrobiłam wszystkie zaległe odcinki przyszedł czas na katusze - śledzenie serialu równocześnie z emisją co oznaczało powolne dawkowanie i ćwiczenie cierpliwości.
Co będzie teraz?

Mimo ogromnego żalu wiernej fanki, uważam że decyzja twórców o zakończeniu emisji na siedmiu sezonach jest bardzo dobra. Ogromną sztuką jest wyczucie odpowiedniego momentu kiedy należy zejść ze sceny nie kompromitując się swoimi zabiegami utrzymywania zainteresowania widza. Michelle i Robert King (pomysłodawcy serii) zręcznie potrafili zaskakiwać nas nawet po wielu latach emisji i po powszechnym stwierdzeniu nic już nas nie zdziwi. Dawali radę stworzyć wątki realistyczne i prawdopodobne choć lekko szalone.




Ostatni odcinek co prawda nie jest idealną klamrą, aczkolwiek uważam go za całkiem satysfakcjonujący. Emocjonalnie stawia trafną kropkę nad i w zachowaniu Alicii (genialna Julianna Margulies), jej relacji z mężem (Chris Noth) oraz w zestawieniu z Diane (jak zawsze pełna klasy Christine Baranski). Co najważniejsze - nie zapomina o Willu (Josh Charles) - studenckiej miłości głównej bohaterki. Jego powrót zza światów został pięknie rozwiązany. Pomyśl, kogo chciałabyś widzieć kiedy wracasz do domu? pyta Alicię Lucca - jej najmłodsza stażem współpracownica (Cush Jumbo) co daje żonie idealnej wiele do zastanowienia. Bo właśnie - kogo, kiedy jeden z wierzchołków tego trójkąta jest już martwy?



Kiedy myślę o podsumowaniu tego serialu stwierdzam, że był on o wybaczaniu, odpuszczaniu i decydowaniu o sobie. Opowiada historię o tym, gdzie jest granica między poświęceniem, a dbaniem o własne dobro i umiejętności przejścia przez życie w zgodzie z własnym sumieniem - a to wielka umiejętność której uczymy się przez całe życie.




Powiem szczerze - będzie mi brakowało serialu, który z każdym odcinkiem wnosił jakąś narracyjną świeżość. Nie bał się eksperymentów w opowiadaniu, odważnie wprowadzał nowe wątki i robił wszystko aby nie zostać zaszufladkowanym. Zaskakiwał dramaturgicznie i lubił te cudowne słowo konflikt.
No naprawdę, będzie mi brakowało Żony idealnej.

Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 36


 - Dawno nie było na twoim blogu tego... pamiętnika filmowca - mówi do mnie moja własna rodzona matka.
 - Przestałam pisać, bo to wszyscy czytają - odpowiadam spokojnie.
 - Nie rozumiem.

Mamo, więc piszę. Żebyś wiedziała, że jeszcze żyję*

Staram się jeść regularnie, chadzać na długie spacery i patrzeć na drzewa. Rozmawiać z ludźmi, ale nie przejmować ich problemów. Oddychać głęboko kiedy ktoś mnie wkurwia do żywego i śmiać się z siebie. Próbuję patrzeć pod nogi, nie potykać się o niewidzialne przeszkody i wysypiać się. Słuchać muzyki, patrzeć na słońce oraz ubierać się wystarczająco ciepło.
Pamiętać, że na świecie są miliony ważniejszych rzeczy niż filmy.

Tak mamo, jeszcze żyję. W końcu mam jeszcze masę roboty w tym życiu.

Ostatnio usłyszałam pytanie czy pomyślałaś kiedykolwiek o tym "nie chcę być już w tej szkole"?
Tak. Myślę o tym średnio raz na tydzień. Zeszłym razem było to we wtorek. Ale nadal tu jestem, prawda?

Niedawno doszłam do pewnego wniosku. Jest to na pograniczu czarowania i życia, ale jestem w stanie podać sporo dowodów na poparcie owej teorii.
Nieprzepracowane do końca sprawy zawsze wracają w regularnych odstępach czasu. Doganiają i mówiąc oględnie spuszczą wpierdol. Przykro mi, ale tak jest. Więc rada starszej koleżanki - jak już coś rozgrzebiecie to zamknijcie sprawę do końca. Żeby nie stała się prześladującym was duchem.

Mój ojciec jak zawsze odpowiada spokój. On widzi w spokoju jakiś lek na wszystko.
Ja wolę mówić dystans, kurwa.



Tęsknię za lasem, wakacjami i samotnością. Tęsknię za miejscami bez internetu i ciszą. Mam wrażenie, że tutaj cały świat bardzo okrutnie przyspiesza. Że wszystkie sytuacje jakie dzieją się wokół nas są coraz bardziej intensywne i wydarzają się w coraz krótszych odcinkach czasu. To tak jak wchodzenie po schodach na coraz wyższe stopnie - coraz szybciej i robiąc coraz większe kroki. Pytanie czy zdążymy, wytrzymamy i damy radę, bo kiedy wreszcie przyzwyczajamy się do tej konkretnej wysokości danego stopnia to okazuje się, że pojawiają się jeszcze wyższe. A później - jeszcze.

Podejrzewam, że tak będzie cały czas i podejrzewam, że to nigdy się nie skończy. Dlatego szybciej niż wchodzenia trzeba nauczyć się tego cholernego dystansu.




* Chociaż mam ostatnio zakaz żartów o mojej śmierci. Ale nadal uważam, (paradoksalnie) że gdybym zeszła na zawał to życie stałoby się prostsze. Może mi się uda?

Kocimiętka - 14 Festiwal Łodzią po Wiśle



Festiwal Łodzią po Wiśle przypłynął do Warszawy (i odpłynął) po raz 14. Dwa dni były wypełnione filmami - w konkursie wystartowało osiem etiud fabularnych, siedem filmów dokumentalnych, dziewięć etiud operatorskich i trzynaście animacji.



W tym roku razem z Kasią z jaknieteraztokiedy.pl i Marcinem (wysłannikiem Festiwalu Filmów Krótkometrażowych Żubroffka) udało nam się obejrzeć prawie wszystkie filmy (pomijam kilka sztuk na które ja i Kasia spóźniłyśmy się ze względu na jedzenie. Filmy są ważne, ale jedzenie ważniejsze). Wiele z nich widziałam już na szkolnych egzaminach, a o niektórych tylko słyszałam stawiając sobie za punkt honoru nadrabianie podczas Festiwalu wszystkich filmowych zaległości.



Moimi odkryciami były między innymi animacje, których widziałam do tej pory najmniej. Szczególnie podobała mi się Bestia Agnieszki Konarskiej oraz Olbrzym Marcina Podolca, który wyróżniał się trafnym połączeniem dokumentalnej rozmowy i animacji oraz cudownym poczuciem humoru.

Spośród etiud operatorskich moją uwagę zwrócił film Droga Shuxuana Meia. Myślę, że Mei zdobył serca wielu widzów swoją cierpliwą i troskliwą obserwacją dwójki chłopców.

Jeśli chodzi o etiudy dokumentalne szczególnie zapada w pamięć Melancholia Klary Kochańskiej. Cztery dojrzałe kobiety, na swój sposób zmuszone do spędzania ze sobą większości czasu nie przebierają w słowach napomykając o otaczającej jej rzeczywistości.
Niesamowita jest również etiuda Nauka Emi Buchwald, która stosując bardzo specyficzne zabiegi formalne weszła z kamerą do domów przyglądając się czwartoklasistom, którzy uczą się na pamięć wiersza Juliana Tuwima Nauka. Okazuje się, że trudne pytania w ich przypadku nigdy się nie kończą... Film Emi otrzymał również nagrodę za najlepszy dokument festiwalu.

Ciekawym tytułem była etiuda fabularna Marty Prus Ciepło-Zimno, która została zrealizowana w jednym ujęciu (zdjęcia: Adam Suzin). Etiuda otrzymała wyróżnienie jury.
W zupełnie innym, odważnym stylu była etiuda Gabriela Herrera Torresa How to reach god through proper exercising.
Moim prywatnym ulubieńcem stała się poniekąd praca Joanny Satanowskiej Czarnowidzka, która ukazuje trudne i skomplikowane życie wiedźmy, która niestety... wie co się wydarzy.


Werdyktem jury (w którym zasiedli: Karina Kleszczewska, Jan Komasa i Piotr Szczepanowicz) 
grand prix festiwalu otrzymała etiuda dokumentalna Shujayya Mohammeda Almughanniego.

nagroda za najlepszy film fabularny: Apokalipsa Justyny Mytnik
wyróżnienie: Ciepło-zimno Marty Prus

nagroda za najlepszy film dokumentalny: Nauka Emi Buchwald.

nagroda za najlepszą animację: Zaczyn Artura Hanaja

nagroda za najlepsze zdjęcia powędrowała do Michała Dymka za zdjęcia do filmu Apokalipsa.
wyróżnienie: Karma Fryc za zdjęcia do filmu Niżej podpisana w reżyserii Michała Pokropka.

nagroda jury młodych (Paulina Skibińska, Julian A. Ch. Kernbach, Marta Gmosińska): Nauka Emi Buchwald

nagroda Artura Liebharta, dyrektora DOCS AGAINS GRAVITY FILM FESTIVAL za najlepszą etiudę dokumentalną: Żelazne alibi Martina Ratha


138. Bracia


Mieczysław i Alfons Kułakowscy jako dzieci zostali wywiezieni na Syberię, żeby później trafić do Kazachstanu, a w wieku 80 lat powrócić do Polski. Wydają się być nierozłączni i wiecznie krążący po własnych orbitach. Artysta i marzyciel oraz uporządkowany pragmatyk drażnią się do szpiku kości i kochają, tak jakby ich jedynym sposobem na życie była nieuchronna symbioza.



Najnowszy film dokumentalny Wojciecha Staronia Bracia to opowieść o trwającym dziesięciolecia wsparciu i wspólnym życiu. Składa się ona ze spokoju i drobnych momentów codzienności choć niestety nie wyklucza dramatycznych chwil z życia Kułakowskich. Staroń jednak za wszelką cenę prowadzi narrację tak aby dać nam przestrzeń na przemyślenie każdej sekundy i tak jak Kułakowscy pozwolić nacieszyć się każdym z obrazów rzeczywistości. Obserwuje ich z czułością, a całą historię buduje z ogromną cierpliwością.



Po raz kolejny autorski film Wojciecha Staronia to również piękne zdjęcia, które sprawiają, że patrzymy w inny sposób na pozornie zwyczajnych braci. Tak jak oni zaczynamy zwracać uwagę na odgłosy przyrody czy piękno natury i chociaż na krótkie chwile zatrzymujemy czas dookoła siebie, tak jak próbują to robić sami bracia. W tym poczuciu pomagają ujęcia zrealizowane w przeszłości przez Mieczysława na taśmie 8 mm i 16 mm jakie Staroń wplótł do całego filmu. To one są żywym dowodem na odwieczną symbiozę i niestrudzoną aktywność braci. A teraz zarówno Mieczysław jak i Alfons chociaż są u schyłku życia to zdają się być młodsi duchem niż niejeden dwudziestolatek. Niestety ich własne organizmy coraz częściej zawodzą, ale mimo to oboje nie poddają się snują plany na dalsze spokojne życie.

Film mogłam obejrzeć w ramach pokazu specjalnego 14 Festiwal Filmów Studenckich z Łódzkiej Szkoły Filmowej „Łodzią po Wiśle”



Dlaczego po 10 sezonie The X Files jest mi jeszcze smutniej...



Wiadomość o premierze nowego sezonu The X Files przyjęłam z ogromnym entuzjazmem. Pamiętam jak będąc z liceum odkryłam ten serial i pochłaniałam kolejne odcinki zdobyte na płytach DVD. Będąc uwięzionym w domu, chorowitym ufoludkiem - przez wiele tygodni miałam jedyną radość w tym okrutnie długim serialu. Przeskakiwałam pomiędzy historiami, śledziłam mitologię i trzymałam kciuki za najsłynniejsze w historii telewizji will they/won't they.

Dlatego jak przystało na rasowego fanatyka nie mogłam przegapić wielkiego powrotu serialu. Pilnie obejrzałam każdy odcinek, ale jak widać długo nie mogłam zebrać się do napisania na jego temat kilku słów.


Bo cały ten projekt najlepiej podsumowuje sformułowanie wypowiedziane przez znajomego dawnego fana nie wiem czy to jest aż tak dobre czy aż tak złe.
Ja też nie wiem.


1. 10 sezon był pisany z myślą o fanach.

To miłe ze strony twórców, że nie zapomnieli o wiernych widzach. W tej sześcioodcinkowej mini serii mieliśmy powrót Palacza, zabawny odcinek z monster of the week czy wątek Williama - syna Muldera i Scully. Chris Carter postarał się aby pamiętać o wszystkim tym co lubią fani i podsunąć im każdy smakowity kąsek. Niestety nie zawsze robił to z gracją, bo tak jak odcinek trzeci (Mulder and Scully Meet the Were-Monster) o człowieku - jaszczurce jeszcze wywołuje nasz uśmiech, to tak nachalne naznaczenie następców pary bohaterów w odcinku piątym (Babylon) już takie fajne nie jest.
Zastanawiam się jednak co z tymi młodszymi widzami - bo przecież nie wszyscy mieli szansę znać stare odcinki (i nie wszyscy mieli szansę je pokochać).
Czy nowi widzowie byli w stanie zrozumieć cokolwiek z 10 sezonu?



2. Twórcy postanowili coś wyjaśnić nie wyjaśniając nic. 

Mam wrażenie, że stało się tak między innymi w kwestii wątku Williama. Bohaterowie przez kilka odcinków chodzili wkoło, wzdychali, patrzyli przez okno i cierpieli na myśl o oddanym do adopcji dziecku. Po szumnych zapowiedziach twórców miałam nadzieję, że dostaniemy jakiś powrót czy wyjaśnienie. Jednak rozwikłanie na oczach widzów jednego wielkiego niedopowiedzenia widocznie było zbyt skomplikowane. Zamiast misternie utkać prawdziwe spotkanie dostaliśmy jakiś alternatywny wszechświat i małego Williama, który wraz z tatą bawi się modelami kosmicznych rakiet. W sumie - czyż nie wracamy więc tym samym do punktu pierwszego... - 10 sezon był pisany z myślą o fanach?


3. Lata zrobiły swoje...

Jest to na swój sposób urocze - zobaczyć naszych ukochanych bohaterów te lata później. Zmienili oni fryzury, inne ciuchy stały się modne, a telefony komórkowe wielkości walizek zostały zastąpione iphone'ami (dobra, nie wiem czy to konkretnie były ajfony, ale wiadomo o co chodzi). Jednak miałam jakieś dziwne poczucie, że bohaterowie stracili sporo swojego uroku i impetu jaki mieli w sobie dawniej. Na szczęście chemia, między nimi niezmiennie pozostała, ale mimo wszystko serial nie jest tylko historią o relacji. Kiedy widziałam Muldera czy Scully osobno, miałam wrażenie że oboje wypadają niezbyt korzystnie. To tak jakby siła ich postaci budziła się tylko i wyłącznie w tych momentach kiedy są razem, kiedy mogą sobie partnerować, drażnić się wzajemnie i odbijać w sobie.


4. ...oraz dały dużo dobrego.

Z drugiej strony, świeżość nowych odcinków to również lepsze warunki techniczne, większe budżety i fajniejsze efekty. Przypomnijcie sobie pierwsze sezony i kosmitów w których wierzyliśmy na słowo honoru. Wszystko wyglądało topornie, ale ufaliśmy tym nadprzyrodzonym wydarzeniom i elementom łykając je w całej, nieidealnej okrasie.




5. Po ostatnim odcinku ostatniego sezonu mamy kolejny ostatni sezon. Czy dostaniemy jeszcze jeden ostatni sezon?

Oczywiście, nie ma jeszcze żadnej oficjalnej decyzji, ale nagle nikt nie potwierdza i nie zaprzecza w temacie kolejnego sezonu serialu. Oczywiście, rozumiem to jak najbardziej - kury znoszącej złote jajka się nie zabija, a oglądalność nowego sezonu Z Archiwum X była bardzo satysfakcjonująca (premierę obejrzało ponad 16 milionów widzów). Stąd - chęć dalszego ciągnięcia historii jest ogromnie kusząca. Ale może jednak trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść?
I tutaj zastanawiam się na ile ostatni odcinek był zmieniony po realizacji pierwszego. Czy od początku Chris Carter planował taką, a nie inną końcówkę? Moim osobistym zdaniem nie jest po gentelmańsku kończyć historię półżywym Mulderem i ujęciem statku kosmicznego. Spójrzmy prawdzie w oczy - jest to zakończenie niesprawiedliwe i nieuczciwe (oraz tak zwane zwyczajnie nie). Moja alergia na nieuczciwe zagrania twórców w sposób zaskakujący uaktywniła się i zaglądała mi w oczy. Czuję w kościach, że będą dokrętki.



I nagle, razem z ostatnią sceną zrobiło mi się smutno.


Bo czuję, że twórcy których traktowałam po partnersku nie wiedzą jak zakończyć całą szopkę. Nie mają pojęcia jak zatrzymać machinę napędzaną od lat. Owszem - chcieli mi coś opowiedzieć, ale zagubili swój wątek przykrywając to dawnym splendorem, chemią głównych bohaterów i ogromną sympatią do dawnych (naszych wspólnych) żartów. Zapomnieli, że konspiracja płynęła w ich żyłach i zapomnieli że była kręgosłupem całej story. Szkoda.


z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 35 - powodzenia



Powodzenia to dziwna sprawa. Projekt przy którym wydarzyło się tyle cudów, że jeśli zgodnie z powiedzeniem - głupi ma zawsze szczęście to ja jestem największą idiotką świata.
Jestem, naprawdę.

Ten wpis był edytowany tylko jakieś siedem razy. Dwa razy został całkowicie skasowany i napisany od początku. Weźcie to pod uwagę.


8 argumentów za tym, że jeśli głupi ma szczęście to jestem największą idiotką świata.


1. Mam szczęście do kierownictwa produkcji.



Trójki współpracowników, którzy sprawili, że ten plan był dla mnie jak skakanie po chmurkach. To oni odbierali telefony, objęli strategię przytulania, przypominali mi o jedzeniu, a kiedy coś próbowało się wywalić zapobiegali wszelkim wydarzeniom. Dziękowałam im za to wszystko każdego dnia i mogę tak jeszcze długo.

Kierownik produkcji nie boi się rozganiania dymu.
Foto: Marlena Jabłońska

Karolina i Michał. Karolina bardzo cierpliwie pytała mnie co półtorej godziny czy nie potrzebuję soczku czy innego snicersa. Nie wiem czy własna matka się o mnie kiedykolwiek aż tak troszczyła :)
Foto: Marlena Jabłońska




2. Mam szczęście, że trafiłam na cudownie partnerskich aktorów.



Popatrz na niego jak na puchatego kotka, stoisz jak ch... w torcie albo teraz masz takiego świerszcza cyk cyk to nowoczesne określenia które powinny wejść do reżyserskich słowników. Agata, Weronika i Mateusz wytrzymywali zimno, obsuwy czasowe, korki, przejazdy, śniegi i deszcze a przede wszystkim wytrzymywali ten cały grajdoł w towarzystwie reżysera płci żeńskiej i operatora płci męskiej.

Weronika i dwie zestresowane rybki przed ujęciem.
Foto: Joanna Siwy

Weronika, Agata i ja w koszulce z kotem. Chociaż podczas jednego dnia na planie musi się pojawić koszulka z kotem.
Foto: Joanna Siwy


Mateusz, człowiek który momentami ma większą cierpliwość niż ja.
Foto: Joanna Siwy



3. Mam szczęście do pogody.



Gramy majowe słońce.
Jest poniedziałek, godzina 18:00 - jedziemy na lokację którą będziemy grać w środę i czwartek. Zaczyna padać śnieg. Przestaje w okolicy północy, ale jest go naprawdę DUŻO.
O 2:00 rejestruję, że zaczyna topnieć, rano jeszcze są jego resztki...
Koledzy przed wyjazdem na plan namawiają mnie do zmiany koncepcji scenariuszowej. Ja odpowiadam im na to: przecież za chwilę śniegu nie będzie. Na lokacji trzeba tylko strzepać śnieg z choinki za oknem i wycelować 6kW w trawnik.
Wtorkowe popołudnie - nie ma już śniegowych śladów.
Środa? Przynosi nam cudowny zachód słońca. Podobnie czwartek. Chcieliśmy zachodu słońca. Więc DUŻO DOBREGO ZACHODU SŁOŃCA.

Jaka to pora roku? Rano był śnieg.
Foto: Joanna Siwy


Zimno, ale wesoło?
Foto: Joanna Siwy

Gonimy zachód słońca.
Foto: Ja


4. Mam szczęście do statystów i asystentów.


Bo nie wiem czy wiecie, ale strasznie ciężko jest zapanować nad taką gromadą cudownej młodzieży :)
I kiedy zaczyna się dyskusja na planie skąd znasz Anię to śmiechu nie ma końca, bo wszystkie nasze ścieżki życiowe jakoś się tak dziwnie pokręciły że spotkanie tak różnych ludzi w jednym miejscu jest jak zaskakujące i nieuniknione.

Kaśka i Robert.
Z Kaśką po raz pierwszy w życiu spotkałam się w maju 2015 roku, z Robertem w czerwcu 2015.
Znamy się znacznie dłużej.
Foto: Joanna Siwy



5. ...mam jeszcze większe szczęście do całej ekipy.


Kiedy cała ekipa tłoczy się przy podglądzie gdy gramy scenę w jednym ujęciu i śledzi pilnie każdy szwenk to czuć to zaangażowanie w powietrzu. I to jest cudowne uczucie.

Jest zawsze taki moment, kiedy przyjeżdżamy na lokację i każdy chwyta się za swoją działkę. Jako że ja sama mam zakaz noszenia, przestawiania i podawania - mogę tylko stać i obserwować jak wprawiona w ruch machina sama się toczy i jak równolegle dzieje się kilkanaście różnych rzeczy - tylko po to żeby za chwilę być gotowym do ujęcia.
Zawsze przyprawia mnie to o dreszcz i chęć wypowiedzenia dziękuję.

A kiedy w piątek przez pół dnia dostaję smsy o treści szkoda, że to już koniec bo atmosfera na planie była taka świetna...
Życie jest krótkie, nie? Więc nawet jeśli film będzie do dupy to przynajmniej sprawiłam radość garstce ludzi, a to już jest dużo.

Egzamin. Pierwszy dzień zdjęciowy. Zostałam przyłapana z czymś czego nie powinnam pić.
Foto: Marlena Jabłońska

Przy kamerze tłok
Foto: Marlena Jabłońska

Pokój Ewy i Magdy wyczarowany przez Basię i Kaję.
Foto: Joanna Siwy

Banda bezdomnych oszołomów.
Foto: Joanna Siwy


6. Mam szczęście do szczerych relacji dookoła siebie.



I to nie jest ta legendarna bolesna szczerość. To zwyczajna, klasyczna, uprzejma i troskliwa szczerość. Umiejętność powiedzenia dziękuję, przepraszam i wkurwiasz mnie kiedy trzeba. To możliwość żartowania i śmiania się ze swoich błędów, wad i potknięć.

Plotki przed ujęciem z Weroniką.
Foto: Marlena Jabłońska


Statystycznie najczęściej wypowiadane przez Piotrka słowa to pewnie: "Anka, nie pierdol".
Foto: Marlena Jabłońska



7. Mam szczęście do super-ultra-szybkiej nauki.



A to jest dopiero niesamowita sprawa. Bo okazuje się, że jestem jeszcze bardziej opanowanym człowiekiem niż mi się wydawało.
Anemia swoją drogą, ale kiedy w grę wchodzi adrenalina to mój mózg ma większą władzę nad ciałem niż mi się kiedykolwiek mogło wydawać...
I jeśli ktoś wchodzi mi w drogę i zmusza do przestawiania moich planów (mimo uporczywych próśb i informacji że moje plany są sztywne) to mimo wszystko potrafię uprzejmie tupnąć nogą.
Jak twierdzi operator:  nie jestem z tych, które niechybnie zabijają. Ja powoli dolewam trucizny patrząc jak ofiara ją spożywa i prosi o więcej.

Na tym planie nauczyłam się cholernie dużo. I to już jest bezcenna sprawa.


Słońce było tak silne, że nie musieliśmy stawiać lamp w oknach...
Foto: Marlena Jabłońska

Sprawa przy podglądzie.
Foto: Marlena Jabłońska



8. Mam szczęście do przypadków.



Ktoś, gdzieś skręcił w uliczkę obok i nagle okazało się że sytuacja obróciła się na korzyść filmu. Ktoś przechodził nieopodal i rzucił zdanie, które później będzie kiełkowało w mojej głowie do końca tygodnia. To tak jak pan Andrzej z mojej klatki (mieszkanie nr 21), który stojąc na papierosie przy oknie powiedział do mnie i do Kasi widzę, że jesteście fajne ale pamiętajcie jedno - bądźcie sobą cokolwiek się stanie. A później popatrzył mi w oczy i dodał byłem spawaczem przez większość życia, kierownikiem zmiany i cokolwiek się nie wydarzyło to zawsze ludzie byli ważniejsi niż materiał.
To dobre podsumowanie. Ludzie  ważniejsi niż materiał.
I nie ma przypadków.


W międzyczasiu czyli między oficjalnymi dniami zdjęciowymi...
Foto: Ja


I w drodze na lokację...
Foto: Ja



Edit:
Nie myślcie, ze jest tak różowo. Dzisiaj, zaraz po tym jak otworzyłam oczy przyszło mi do głowy jestem w strasznej dupie. Bo chyba obiektywnie jestem.
I po kilku dniach przetworzenia pewnych wydarzeń mam ochotę zacząć rzucać talerzami albo krzyczeć. I zaczynam się martwić, być podejrzliwa i popadać w paranoję. Zaczynam się wkurzać, złościć na niewinnych ludzi i palić papierosy. Bo co jeśli wszystko się spierdoli na tym ostatnim etapie? Co jeśli na ostatniej - najprostszej z prostych zostanę sama i jak to często w życiu bywało - bezsilna?

Jest coś w mojej życiowej karmie, że muszę się nauczyć szybkiego podnoszenia i stawiania do pionu siebie oraz świata dookoła. Prawdą jest, że wychodzi mi to już coraz lepiej, ale nigdy to nie jest miły proces.



A z drugiej strony - tak obiektywnie - skoro nie ma przypadków...?